| Modlitewana Nowenna Miesięcy - STYCZEŃ |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| poniedziałek, 04 stycznia 2010 20:31 |
Modlitewna nowenna miesięcy - styczeń
Słowo życia: – Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (2 Kor 12, 9). Intencja modlitewna:
Lektura: – ks. Franciszek Blachnicki, A z tej śmierci życie tryska, Kraków 2007. Postacie miesiąca: św. Paweł (zgoda na słabość), ks. Marek Adaszek ks. Marek Adaszek
Przez kilka lat mojego nastoletniego życia formowali mnie inni moderatorzy, ale na pierwszym roku studiów trafiłam do zespołu animatorów, który wraz z Nim przygotowywał się do oazy II st. Jeśli dziś jako animator wiem, to co wiem, i umiem, to co umiem, to mam świadomość, że właśnie w tym okresie ma to swoje fundamenty. Do końca życia będę pamiętać pieczołowitość i perfekcyjność (chyba takim słowem trzeba to określić), z jaką pochylaliśmy się wspólnie w gronie animatorów nad materiałami części A i rozważaliśmy każde słowo. A najchętniej słuchaliśmy tzw. dygresji, czyli rozmów przy stole o wierze, liturgii, pierwszych wiekach chrześcijaństwa, które w sposób luźny dotyczyły już tematu z materiałów, ale nam otwierały oczy na rzeczywistość Kościoła. Bo On ten Kościół po prostu kochał. Mnie przynajmniej nikt wcześniej nie uczył tak szerokiego spojrzenia na rzeczywistość. Detale, także te dotyczące liturgii, miały dla Niego swój głęboki sens i wytłumaczenie. Potrafił o tym mówić godzinami, a słuchało się Go z przyjemnością. Był kompetentny, ale też wymagający, zawsze mówił o budowaniu na mocnym fundamencie i konieczności rezygnowania z bylejakości. Wspólnie przeżyliśmy II i III st. rekolekcji wakacyjnych. Potem nasze drogi się rozeszły, ale nie na długo. Po powrocie ze studiów w Rzymie był bowiem ojcem duchownym w seminarium wrocławskim oraz wykładowcą liturgiki i w seminarium, i na studiach teologicznych dla świeckich. Na trzecim i czwartym roku studiów teologicznych miałam więc z Nim wykłady z liturgiki. Zdawanie egzaminów to była dla mnie gehenna: wykazuj się tu wiedzą przed człowiekiem, który od kilku lat Cię tego uczył. Nie zapomnę egzaminu, na którym odpytywał nas z Liturgii Godzin. O mały włos, a padłaby deklaracja, że zamiast tu gadać o teorii, to może pójdziemy się razem pomodlić. Fajny egzamin, nie? Ale On taki był. Chciał by wiedza u jego studentów stawała się życiem. Czasem w różnych kręgach zadawaliśmy Mu pytania: skąd On to wszystko wie? Uśmiechał się wtedy często ze skromnością i mówił: „No wiesz, przecież to wszystko jest tu i tu napisane. Trzeba tylko umieć czytać.” No jakoś z tym zrozumieniem przy czytaniu mieliśmy duży problem, choć naprawdę sumiennie czytaliśmy… Wraz z utworzeniem diecezji legnickiej przeniósł się do pracy w tamtejszym seminarium, był bowiem rodem ze Zgorzelca. W tym czasie już wiedział, że żyje na kredyt. Po pierwszej operacji nowotworu – chyba jakieś 15 lat temu – lekarze mówili Mu o kilku miesiącach życia. Miał świadomość, że jeśli Bóg zechce, to tak będzie. Zainteresował się medycyną św. Hildegardy i przez całe lata ją stosował. Z uśmiechem opowiadał o tym, że lekarze określali Go jako „curiosum medyczne” i pokazywali studentom w charakterze przypadku niewytłumaczalnego. On także wiedział, że Jego organizm nie miał prawa funkcjonować prawidłowo, a jakimś cudem działał… Cud. W takich kategoriach na Jego życie patrzyliśmy. Mimo choroby nie zwolnił tempa: praca ojca duchownego, wykłady, konferencje, rekolekcje, spotkania. Przez wiele lat był moderatorem diecezjalnym w Legnicy. Kiedy czasem widziałam, że praca jest ponad Jego siły nadwątlone chorobą, zwracałam Mu nieśmiało uwagę, żeby trochę zwolnił. Zawsze wtedy uśmiechał się i mówił: „Nie mogę nie dzielić się tym, co poznałem.” W 1999 roku dane mi było z Nim przeżyć rekolekcje III st. w Rzymie. To było dla nas wszystkich coś fantastycznego, a dla Niego też powrót do czasów studiów rzymskich, które bardzo dobrze wspominał. Czuł się w Wiecznym Mieście jak w domu, biegle posługiwał się włoskim, a my po raz kolejny uczyliśmy się przy Nim, czym jest Kościół. Zachwycała nas atmosfera miasta, architektura, kultura, a On pokazywał nam głębię znaków dotyczących chrześcijaństwa na tej ziemi, u grobów Apostołów, w łączności z Piotrem naszych czasów. Uczył nas też, jak cierpieć. Wielokrotnie widzieliśmy, że ból daje Mu się już bardzo we znaki i staje się nie do wytrzymania. Nie był człowiekiem, który by się użalał nad sobą. Chętnie wspierał ludzi i dzielił się wiedzą dotyczącą walki z nowotworem, bo jak mówił: „Wszystko przetestowałem na sobie.” Bywało, że zastawałam Go po ataku, zdarzyło mi się odwiedzić Go w szpitalu, nigdy się nie skarżył. Jeden z lekarzy miał Mu powiedzieć, że niejeden chory na raka, by żył, gdyby nazywał się Marek Adaszek. Rzeczywiście siły woli w dążeniu do celu można Mu było tylko – w dobrym tego słowa znaczeniu – pozazdrościć. Wiele razy, gdy umawialiśmy jakiś termin mówił: „Jak Pan Bóg pozwoli”. Miał świadomość, że Jego życie jest w rękach Boga i odczytywał je jako dar. Gdy rozmowę telefoniczną zaczynałam od rutynowego pytania: „Jak się Ksiądz czuje?” odpowiadał z uśmiechem: „No wiesz… Jeśli w moim stanie można czuć się dobrze, to czuję się dobrze”. W ubiegłym roku obchodziliśmy w Dzierżoniowie jubileusz naszej wspólnoty w parafii Św. Jerzego. Tak naprawdę wspólnoty już od lat nie ma jako wspólnoty Ruchu, ale są ludzie, którzy z niej wyrośli i tam, gdzie dziś są służą w Kościele. Po prostu zrodziła się w nas potrzeba, żeby się skrzyknąć i spotkać. Na samym jubileuszu we wrześniu nie mógł być. Przyjechał do nas w weekend wkrótce potem przywożąc ze sobą jeszcze kilku kapłanów – moderatorów Ruchu, którzy kiedyś służyli w naszej wspólnocie. I charyzmat spotkania po raz kolejny objawił się w całej pełni: oglądaliśmy zdjęcia, śpiewaliśmy, rozmawialiśmy. Dopiero koło północy podniósł się od stołu stwierdzając z uśmiechem: „No chyba już wreszcie na mnie czas”. Wyraźnie nie mógł się z nami rozstać. A my po raz kolejny uświadamialiśmy sobie, że gdzieś u fundamentów tego dobrego fermentu w naszej parafii był On, który „nie mógł się nie dzielić tym, co poznał” i pociągnął za sobą innych. Ci z kolei do życia w Kościele pociągnęli nas. Przylgnęło do Niego określenie „ojciec” od ojca duchownego, ale tak naprawdę to od słów Św. Pawła, który mówił o „ojcu w wierze”. Takim był dla wielu z nas. Wielokrotnie prosiliśmy Go o poprowadzenie warsztatów liturgicznych w diecezji wrocławskiej. Mimo bardzo napiętego kalendarza nigdy nie odmawiał. Ostatnie warsztaty na temat Triduum Paschalnego poprowadził dla nas w marcu. Mimo zmęczenia bardzo się cieszył, że może się z nami dzielić tym, co było dla Niego najdroższe. Żartował – spojrzawszy na twarze osób na sali: „Przecież tu sami weterani. Przecież wy to już wszystko wiecie.” Po czym, gdy zaczynał mówić, okazywało się, że wiemy dużo, ale w porównaniu z tym, co On chce nam powiedzieć, to naprawdę niewiele. Ostatni raz rozmawiałam z Nim telefonicznie zaledwie kilka dni temu. Nic nie wskazywało na to, ze słyszę Go ostatni raz. Wśród żartów i wypominania, że dawno nie byłam w Legnicy na kawie, padło też moje pytanie o możliwość poprowadzenia przez Niego wiosną przyszłego roku warsztatów na temat okresu wielkanocnego. Zareagował we właściwy dla siebie sposób: „O, chcecie się zająć tym okresem liturgicznym traktowanym w Kościele po macoszemu? No pewnie, że się zgadzam. Tylko musisz mnie przypilnować, żebym w kalendarzu wyszukał jakiś termin”. Nie zdążył. Wciąż trudno uwierzyć w to, co się stało. Po ludzku strasznie trudno i żal. Wiele razy stan Jego zdrowia pogarszał się i… Bóg decydował, że jeszcze nie czas na Niego, że jeszcze jest nam potrzebny. Pamiętam, że kilka lat temu przed pójściem do szpitala czuł się bardzo źle. Wyraźnie się bał, jak człowiek, który wierzy i ufa, ale też wie, że można spodziewać się wszystkiego. Odpisałam Mu wtedy, „że ta choroba nie zmierza ku śmierci, lecz żeby się objawiła większa chwała Boża”. Nie wiem, skąd mi się to wtedy wzięło. Nie mam daru proroctwa. Pytał mnie o to potem, gdy Jego stan zdrowia znowu wrócił do tzw. normy, ale nie umiałam Mu powiedzieć. Bóg nie uczynił cudu i Go nie uzdrowił. Cudem było to, że przez kilkanaście lat pozwolił Mu jeszcze żyć i służyć wśród nas. Wszystkie smsy wymieniane w dniu dzisiejszym miały tylko jedną treść: „Odszedł do domu Ojca”. To nie slogan. Głęboko w to wierzę. Tyle razy z przekonaniem opowiadał nam o liturgii niebiańskiej, w której my – sprawując naszą – mamy już swój udział. Wierzę, że teraz już w niej uczestniczy. Za Twoją wiarę i miłość do liturgii, za Twą obecność pośród nas – dzięki Ci, Ojcze Marku. Nina Majek wspomnienie opublikowane po śmierci ks. Marka Adaszka w 161. numerze "Wieczernika" |
| Poprawiony: poniedziałek, 04 stycznia 2010 20:45 |






Liturgista. Moderator. Nauczyciel. Wychowawca. Autorytet. Człowiek paschalny. Jakimkolwiek określeniem nie chciałoby się Go określić, żadne nie streści całej rzeczywistości, którą się z nami dzielił. On doskonale wiedział, co znaczy „czynić uczniów”. Żył liturgią, kochał liturgię i wielu z nas uczył ją kochać i nią żyć. Nie marnował żadnej okazji do formowania ludzi. Tak było od początku Jego kapłaństwa, gdy w 1974 roku trafił zgodnie z dekretem biskupa wrocławskiego do mojej rodzinnej parafii pw. Św. Jerzego w Dzierżoniowie. Już wcześniej spotkał się z ojcem Franciszkiem Blachnickim i „zaraził się” charyzmatem Ruchu Światło-Życie. Wielokrotnie podkreślał, że najbardziej pociągał Go fakt, że to ruch biblijno-liturgiczny. Z Jego pobytu w mojej rodzinnej parafii niewiele pamiętam, bo byłam wówczas smarkulą, ale pozostawił po sobie wzorcowo sprawowaną liturgię w parafii (zwłaszcza Triduum Paschalne) oraz prężnie działającą wspólnotę Ruchu Światło-Życie. W tej wspólnocie kilka lat później znalazłam swoje miejsce.